Przejdź do treści

Niedoczynność tarczycy: moja historia

Oprócz tego, co widzisz na moim Instagramie – myślę, że niewiele o mnie wiesz! Znasz mnie pod pseudonimem Gadkamatka. Gadkamatka to osoba, która kocha nad życie swoją córkę Amelię, z przekąsem mówi, że ze sportu najbardziej – to lubi shopping po sklepach z ciuchami. A jej wieczór? Na wygodnej kanapie pod ciepłym kocykiem. Oczywiście, nie może obyć się bez chipsów Lay’s Zielona cebulka i czekolady kokosowej. Każda możliwa okazja „bez okazji” to impuls, by rozgrzać piekarnik i zafundować bliskim bombę kaloryczną na deser. W końcu Sernik Oreo – stał się jednym z najchętniej pieczonych ciast w 2020 roku na polskim Instagramie. Rano? Najchętniej łapię mleko kokosowe z dodatkiem niewyczuwalnego espresso. Pierwszy posiłek? Resztki obiadu po Amelii. Tak, to ja we własnej osobie.Moim cichym świadkiem? Niedoczynność tarczycy.

Ale to jeszcze dwa lata temu!

Większość z Was wie, że od kilku lat zmagam się z niedoczynnością tarczycy.

Raz jest lepiej, raz gorzej. Osoby chorujące na tą chorobę zdają sobie sprawę z tego, że kładąc się wieczorem – nie wiecie, w jakim stanie obudzicie się rano. Czy będziecie miały chęci wstać z łóżka? Czy Wasza buzia będzie wyglądała jak księżyc w pełni? Czy pół dnia będziecie przysypiać w pracy? Codziennie dostaję od Was kilkadziesiąt wiadomości, z prośbą o radę, wiadomości wręcz pochwalne, czy pytania: jak to robiłaś, jak do tego doszłaś, jak ci się chce?

Ja bym nie dala rady!

Ja nie potrafię!

Jak zaczęła się twoja droga ze świadomym dbaniem o swoje zdrowie, przy chorej tarczycy?

Od czego zacząć?

Jakie badania wykonałaś?

Jak na to trafiłaś?

Jakim cudem ty przy niedoczynności tarczycy – nie tyjesz?

Jak to możliwe, żeby tak dobrze wyglądać!

Rok 2013

W 2013 roku wiele się w moim życiu działo. Dużo zmian zawodowych – awans, szkolenia, wyjazdy, nowe znajomości, projekty. Ciągle byłam w biegu! Skupiałam się na sobie, na swoim rozwoju zawodowym, na formie fizycznej. Jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze w swoim ciele, jak w tamtym momencie! Moja waga sięgała formy życiowej, ale takiej świadomej – regularne posiłki, picie wody i ćwiczenia z Mel B – do dzisiaj pamiętam program: Pośladki B. Wówczas ważyłam około 54-55 kg. Pamiętam tylko raz swoją wagę, w tym przedziale. Jednak był to ciężki okres w moim życiu, gdzie przyjęłam stanowisko: nic nie ma znaczenia, tylko się nie poddawaj. Tyle ważyłam kilka miesięcy przed rozprawą rozwodową. Ta forma nie niosła za sobą żadnych zdrowych i dobrych nawyków, w zamian kupę stresu, żalu i brak racjonalnego żywienia. Moja głowa dźwigała przepływ informacji, jak odeprzeć kłamliwe zarzuty i ataki byłego męża. Tamten okres przypłaciłam zdrowiem psychicznym i fizycznym. Może nie odczuwałam tego w tamtym momencie, ale po roku skutki tamtego okresu – zaczęły wychodzić.

Wracając do mojej formy życiowej? Pierwsze symptomy moich problemów zdrowotnych zaczęły pojawiać się już kilka miesięcy po porodzie. W ciąży przytyłam prawie 33 kilogramy. Dużo i niedużo. Na pewno tej wagi nie dzieliłam z Amelką. Urodziła się, ważąc trochę ponad 2 kilogramy. Można powiedzieć, że po porodzie szybko wróciłam do formy. Z wagi 88 kilogramów – nagle ważyłam już 77. W grudniu wróciłam do wagi sprzed ciąży. Problem pojawił się po powrocie do pracy. Praca w trybie dwuzmianowym, gdy jednak twoja doba nie chce się rozciągnąć, a ty funkcjonujesz 24h z małym dzieckiem, które budzi się na karmienie jeszcze 3 razy w nocy do 3. roku życia – nie pomagała w dobrym samopoczuciu, wyspaniu i witalności. Zdecydowanie nie witałam poranka z uśmiechem na twarzy, wręcz z opuchniętymi oczami, z niewyspania i zmęczenia. W miedzyczasie, gdy Amelia miała 6 miesięcy – ja, ta ambitna, postanowiłam skończyć szkołę sprzedaży w Warszawie. Raz w miesiącu na cały weekend jechałam do Warszawy na wykłady. Moja grupa wykładowa śmiała się ze mnie, że ja przyjeżdżam „odsypiać” tydzień. I tak było. Wszyscy zbierali się w piątek na niezłą balangę, podczas gdy ja o 20:00 wykąpana, w łóżku hotelowym – odpalałam Netflixa i zasypiałam w niespełna kwadrans. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że moje samopoczucie i brak energii nie były tylko skutkiem macierzyństwa, natłoku obowiązków, które sobie nałożyłam dodatkowo na głowę.

Z piciem wody nigdy nie było mi po drodze. Pięć posiłków to dla mnie zbyt wiele. Bywało przecież, że nie miałam nawet czasu zjeść jednego. Woda na czczo. Woda po posiłku. Woda przed posiłkiem. Woda z cytryną. Woda z octem. No i co jeszcze?! Nie, zdecydowanie za dużo wody. Mój główny argument? Brak czasu, podjadanie w biegu – to mi wystarczało. Nie pamiętam, żebym usiadła do stołu i zjadła porządny zdrowy posiłek. Odkąd urodziłam Amelię i wróciłam do pracy na pełen etat – zawsze coś było do zrobienia, ważniejszego niż posiłek, który dałby mi więcej energii, która to energia przełożyłaby się na moją wydajność. W pewnym momencie znalazłam się już w tak martwym punkcie dla siebie, że potrafiłam na stojąco przysypiać!

Zaczęłam się źle czuć. Ciągły brak energii, ja po nocy otwierałam rano oczy i… już byłam zmęczona. Byłam ospała, znudzona, brakowało mi siły, żeby wstać z łóżka. Ja nie chciałam wyglądać jak Miss Bikini! Chciałam przede wszystkim poprawić swoje samopoczucie psychiczne i fizyczne – bo to było dla mnie najważniejsze. Nieistotna jest waga! Ważne jest to, jak się czujecie same ze sobą… Coś we mnie krzyczało: Patrycja, znowu to zrobiłaś, zapomniałaś o sobie! Wtedy zatrzymałam się na chwilę. Zrozumiałam, że muszę zacząć dbać, myśleć i walczyć o siebie, o swoje zdrowie. Dla siebie, dla Amelii, która potrzebuje mnie każdego dnia. Nie na 5%. Na 100% mojej atencji, zaangażowania i troski. Więc pomyślałam: stop, Patrycja, nie tędy droga! Mam to szczęście, że w moim życiu otaczam się i przyciągam wartościowe osoby, których sugestie, wiedzę, rady i cenne wskazówki – biorę głęboko do siebie. Zawsze uważałam, że nie trzeba słuchać się innych, mądrzejszych. Warto jednak ich wysłuchać. Chciałabym Ci pokazać moją przemianę, fizyczną i psychiczną. Dzisiaj wiem, że to nie tylko moje ciało miało problem – także moja głowa, która nie potrafiła trafnie budować swojej piramidy priorytetów. Jakkolwiek to brzmi: to w głowie wszystko się zaczyna i wszystko się kończy. Jeśli w mojej głowie kłębiły się tylko myśli, które nie dawały odpocząć – ciało zaczęło protestować.

Rok 2016

Przed zajściem w ciążę – moja waga wahała się w granicach 53-54 kg przy wzroście 168 cm. Ale ta waga była jednorazowym epizodem w moim życiu. W okresie ciąży nie odmawiałam sobie niczego, wręcz jadłam za trzech. W przeciągu 8 miesięcy , przytyłam 33 kg – wyobrażacie sobie ten widok?

Amelka urodziła się w 8 miesiącu, wiec nie wiem ile kilogramów mogłabym przybrać jeszcze w ciągu kolejnych 4 tygodni. Obawiam się, że sporo!

Więc, gdzie okładały się te kilogramy? Głównie zatrzymywała mi się woda w organizmie. Po urodzeniu Amelii – waga z 86 kg, spadła do 72kg. Brakowało mi cały czas motywacji, żeby zrzucić przynajmniej 5kg… Głodówka, dieta oczyszczająca, dieta sokowa – tonący brzytwy się chwyta i tak też było u mnie. Ja bardzo chciałam wrócić do wagi, która jest dla mnie OK, w której czuję się dobrze.

Kiedy już osiągnęłam zamierzony cel, przez okres urlopu macierzyńskiego – spokojnie go utrzymywałam. Problem zaczął się, gdy wróciłam do pracy na pełen etat. Do 8 godzin w firmie, doszła opieka nad dzieckiem, ogarnięcie domu, wieczne niewyspanie. Co za tym idzie? Notoryczne podjadanie między jednym, a drugim spotkaniem. W przeciągu kilku miesięcy… szlag wszystko trafił. I znów 69 kg na liczniku. Dramat!

Co byś zrobiła na moim miejscu?

Ja zamówiłam dietę pudełkową. Naprawdę, pierwszy raz w życiu zawzięłam się i powiedziałam: Patrycja, teraz się uda! Nie udało się. Kolejna porażka. Z czasem problemem stawała się nie waga, ale samopoczucie. W ciągu krótkiej godzinnej wycieczki samochodowej – potrafiłam przespać całą trasę. Zwiedzając Zakopane, męczyłam się jakbym wspinała się na Kasprowym Wierch. A chodziliśmy tylko po Krupówkach…

Gdzie leży problem? Może masz anemię? – pytała moja mama. Wyniki w normie, morfologia idealna. Prywatnie poszłam zrobić dodatkowe badania. Kierunek? Niedoczynność tarczycy. Moja ciocia miała usuwaną, wiec uznaliśmy że może jest jakieś podłoże genetyczne i to będzie dobry krok. Pamiętam, jak powiedziałam pielęgniarce, że zrobimy wszystkie możliwe badania, jakie tylko się da, żebym tylko nie musiała pobierać krwi kolejny raz. Odradzała mi TSH  bo „szkoda moich pieniędzy”. Uparłam się jednak.

Niedoczynność tarczycy jednak wyszła w wynikach!

Jak rozmawiam z koleżankami i mówimy sobie, że mam niedoczynność tarczycy – wiecie, o co pytają?

Masz to, co się tyje, czy chudnie?

A no właśnie: co ja mam? Na pewno kilogramy przybywające na wadze z miesiąca na miesiąc.

Rozumiecie ten paradoks? Jak w naszej głowie zakotwiczone jest to, że tycie i przybieranie na wadze – to jakiś wyrok? Ale nie dziwię się! Dzisiaj smukła sylwetka jest bardziej na topie. Ludzie szczuplejsi postrzegani są jako Ci bardziej weseli, zdyscyplinowani. Zauważyłyście?

Diagnoza? Niedoczynność tarczycy. Leczenie? Nie podam szczegółów. Każdy organizm zupełnie inaczej reaguje na dawkę hormonów, witamin czy suplementów. Ja jedynie mogę wam powiedzieć, co ja wprowadziłam do swojego codziennego rytuału i jak reagował mój organizm. Zrobię to w kolejnych artykułach.

Moją historię już znasz.

Śmiało – opowiedz swoją!

Jeden komentarz

  1. Jakbym czytała o sobie dziś.

    Co prawda przytyłam ledwie 6 kg ale zasypiam gdzie popadnie, rano ledwo wstaję.

    Wrzesień mianuję miesiącem badań!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.